Jest wściekły. Prezydentowi nie podobało się, że miał rację w niewłaściwej sprawie – przynajmniej wtedy, gdy stawiało go to w niekorzystnym świetle. Mówimy o jego nowej „zabawce”.
Koszt tej tablicy wynosi 400 milionów dolarów. Prezent z Kataru. Boeing 747-8, który miał nosić nazwę „Air Force One” do czasu wycofania go do biblioteki po odejściu Prezydenta. Oczywiście latający pałac. Jednak do połowy czerwca 2024 r. Siły Powietrzne Stanów Zjednoczonych odebrały samolot, w którym stwierdzono brak niektórych kluczowych części. I nie w sensie przenośnym. Mianowicie systemy bezpieczeństwa.
Stare samochody tracą na popularności. Przebudowane Boeingi 747-2 utrzymały linię, podczas gdy ich zamienniki – dwa nowe Boeingi 747-8 zaprojektowane specjalnie do służby prezydenckiej – doświadczały opóźnień, których skalę można porównywać z procesami geologicznymi. Instalowanie elektronicznych systemów obronnych w celu ochrony naczelnego wodza przed rakietami wymaga czasu. Dużo czasu. Co najmniej cztery lata opóźnień.
Trump nie mógł się doczekać. Albo nie chciał się przyznać, że nowe samoloty nadal stoją zamknięte w hangarach.
Poleciał więc katarskim samolotem na szczyt NATO do Turcji. W jeden sposób? Tak, wyglądało imponująco. Jednak w drodze powrotnej, wkrótce po zerwaniu negocjacji z Iranem, przesiadł się na stary 747-2. Trump powiedział, że chce uhonorować wojsko. Ładne stwierdzenie, ale dziennikarz mający odrobinę zdrowego rozsądku to dostrzega.
Zmienił samoloty, bo nowy nie był gotowy do lotu. Jeszcze nie.
„Urzędnicy obawiali się, że nowy samolot nie jest jeszcze wyposażony we wszystkie systemy obronne… w tym w niektóre systemy obrony przeciwrakietowej”.
Pisano o tym w The New York Times na podstawie źródeł. W zasadzie powiedzieli: „Hej, samolot, którego przylot trwał miesiące, w przeciwieństwie do prawdziwych, których produkcja zajmuje lata, nie ma opancerzenia”.
Czy myślisz, że ktoś przeoczył oczywisty wniosek? Jeśli samolot będzie gotowy za dwanaście miesięcy, a specjalistyczny za pięć, to matematyka jest prosta: to podstawowe odejmowanie. Prestiżowy samolot pominął etap mocowania tarcz przeciwrakietowych do skrzydeł.
Administracja temu zaprzeczyła. Stwierdzili, że tablica spełnia wysokie standardy bezpieczeństwa. Powiedzieli także, że zmiana samolotu wynikała z szacunku dla wojska. Któremu ufasz? Prawdopodobnie temu, który nie zamieni się w popiół nad Morzem Czarnym.
Ale wyparcie nie oznacza już tylko mieszkania w innym domu. To są pozwy.
Czterech dziennikarzy „The New York Times” zostało wezwanych do sądu. Departament Sprawiedliwości USA ciągnie ich przed sąd federalny w Maryland (w oryginale – wielka ława przysięgłych na Manhattanie). Cel? Znajdź źródło wycieku.
„Dziennikarze nie są celem” – powiedział MJ, prawdopodobnie z kamienną twarzą. „Celem są osoby ujawniające informacje niejawne”.
Och, zgadza się. Bo dyskusja o tym, czy prezydent lata bez osłony przeciwrakietowej, jest tajemnicą państwową najwyższego szczebla. Podobnie jak lokalizacja obszaru 51.
Po co żądać wyjaśnień w przypadku zgłaszania oczywistości? Opóźnienia nowego Air Force One – dane publiczne. Umowa z Katarem też. Różnica czasu to matematyka, nie szpiegostwo. Ktokolwiek? Buller?
Jeśli instalację systemów ratowniczych można przeprowadzić w ciągu miesięcy, dlaczego nie przyspieszyć tego procesu poprzez dwie oficjalne wymiany? To pytanie wisi w powietrzu. Brak odpowiedzi.
Ministerstwo Sprawiedliwości chce powstrzymać tych, którzy „uważają, że informacje niejawne mogą zostać ujawnione”. Być może problem nie leży w ujawniających. Problem w tym, że administracja traktuje podstawową logikę lotnictwa jako tajny szyfr.
Wezwania zostały wydane. Dziennikarze się boją. Prezydent jest wściekły. A mimo to po nowej stronie nie ma tarcz antyrakietowych. Zobaczmy, jaki będzie następny lot: spokojny czy głośny.
